Czy ścigać artystów za obrażanie uczuć religijnych?

Jacek Markiewicz, 1993, kadr z filmu "Adoracja Chrystusa"
Jacek Markiewicz, 1993, kadr z filmu "Adoracja Chrystusa" Archiwum Kowalni, Dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
W Centrum Sztuki Współczesnej (CSW) w Warszawie można zobaczyć film na którym artysta pieści średniowieczny krucyfiks w taki sposób, żeby imitowało to stosunek seksualny. Kilka osób się oburzyło i domaga się ścigania artysty na podstawie art. 196 kodeksu karnego (za obrazę uczuć relgijnych). To z kolei oburza polskich obrońców wolności słowa, którzy stają murem w obronie artysty i swobody jego artystycznej wypowiedzi. A co ma zrobić biedny prokurator? Ścigać czy nie ścigać? Jakaś część mnie skłania się do opowiedzenia się za tym, żeby jednak ścigać. Może wtedy okazałoby się czy artysta rzeczywiście stoi za swoim przekazem, czy jest za to gotowy iść do więzienia albo zapłacić grzywnę w akcie obywatelskiego niesposłuszeństwa czy też jego “dzieło” to tylko tani gest obliczony na zyskanie rozgłosu. Obawiam się, że wielu arytstów wybiera dziś właśnie tę łatwą drogę.

W środę pod stołecznym CSW odbył się protest przeciwko wystawie "British British Polish Polish: Sztuka krańców Europy, długie lata 90. i dziś". Ponad 100 osób pikietowało pod Zamkiem Ujazdowskim żądając usunięcia z wystawy pracy Jacka Markiewicza zatytułowanej "Adoracja Chrystusa", którą uznali za bluźnierczą i znieważającą uczucia religijne.



Cóż, podobno Polacy lubią się oburzać. Szczególnie lubią sie oburzać – jak czytamy w artykule w naTemat - prawicowi posłowie. (Kilku z nich było rzeczywiście obenych na “manifie”). Ale czy to ładnie tak całą winę zrzucać na prawicowych posłów? Wszak z nagłówka artykułu krzyczy do nas prof. Maria Poprzęcka z Uniwersytetu Warszawskiego (która, jak rozumiem, prawicową posłanką nie jest): “Awantura w CSW to reakcja spóźniona o 20 lat! “Adoracja Chrystusa” Markiewicza to jedna z kanonicznych prac sztuki krytycznej, była niejednokrotnie wystawiana i reprodukowana. Ta sprawa potwierdza tezę, że nikt z protestujących nie ogląda wystaw!” Oburzają się więc nie tylko prawicowi posłowie, ale także krytycy sztuki.

Czytając ten artykuł poczułem chęć stanięcia w obronie oburzonych posłów prawicowych. “Nikt z protestujących nie ogląda wystaw” – oburza się prof. Poprzęcka. Wcale mnie to nie dziwi. Współczesna sztuka stała się tak hermetyczna, konceptualna, że trudno ją bez odpowiedniego przygotowania intelektualnego zrozumieć, docenić. Mało kto takie przygotowanie ma, więc mało kto chodzi. A większość tej mniejszości, która chodzi – umówmy się - udaje tylko, że odpowiednie przygotowanie posiada. Snują się tacy po Zachęcie, cmokają, poprawiają oprawki modnych okularów. Przypominają mi zastępy kobiet, które kupują podrabiane torebki Louis Vitton i mężczyzn w podrabianym Armanim - chcą przynależeć do jakiejś grupy społecznej, ale jak najmniejszym kosztem.

Nie mając przygotowania do tego, żeby odbierać sztukę na poziomie intelektualnym prawicowi posłowie odbierają ją na poziomie emocjonalnym. I na tym poziomie ona ich oburza, obraża ich uczucia religijne. To czy wynika to z niezrozumienia sztuki współczesnej - jak sugeruje prof. Poprzęcka - jest nieistotne. Problem polega właśnie na tym, że mało kto ją rozumie. W artykule czytamy zresztą, że "Adoracja" Markiewicz była jego pracą dyplomową, która została “bardzo dobrze - choć niejasno i w sposób wykluczający polemikę - zaopiniowana przez promotora.” Skoro nie mógł jej zrozumieć promotor Markiewicz, to co dopiero prokurator Kowalski. Co ma w takiej sytuacji zrobić prokurator Kowalski? Ścigać czy nie ścigać?

Jakaś część mnie skłania się do opowiedzenia się za tym, żeby jednak ścigać. Wtedy okazałoby się czy artysta Markiewicz i jego naśladowcy (Kozyra etc.) rzeczywiście stoją za swoim przekazem, czy są za niego gotowi iść do więzienia w akcie obywatelskiego niesposłuszeństwa czy jest to tylko tani gest obliczony na zyskanie rozgłosu. Obawiam się, że większość arytstów wybiera właśnie tę drogę. I w tym sensie są warci swojej udawanej publiczności.

Udawani artyści, udawna publiczność. Dołączają do grona ludzi z podrabianymi torebkami, udawanych koneserów mody (których zdemaskował parę tygodni temu w swoim materiale Filip Chajzer). Trochę mam już dosyć społeczeństwa udawaczy i gloryfikacji udawaczy. Dlatego cieszy mnie każdy przypadek demaskowania tego smutnego zjawiska. Czy sąd jest dobrym miejscem, żeby demaskować udawanych artystów? Oczywiście nie w każdym wypadku, ale w wypadku posługiwania się symbolami religijnymi... może i tak?
Trwa ładowanie komentarzy...