NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

O "gównianej pracy"

"W 1930 roku John Maynard Keynes przewidywał, że pod koniec wieku technologia rozwinie się tak bardzo, że pozwoli to krajom takim jak Wielka Brytania czy USA osiągnąć 15-godzinny tydzień pracy. Wszystko wskazuje na to, że miał rację. Z technicznego punktu widzenia jest to zupełnie możliwe. A jednak tak się nie dzieje. Technologię wykorzystuje się, w najlepszym razie, do tego, żeby wynaleźć sposoby na to, byśmy pracowali więcej. W tym celu stworzono miejsca pracy, które są w zasadzie bezsensowne. Całe zastępy ludzi, w szczególności w Europie i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje życia wykonując czynności, co do których można mieć przypuszczenie, że wcale wykonane być nie muszą. Moralna i duchowa szkoda, jaką ta sytuacja powoduje jest doniosła. Jest to rana na naszej kolektywnej duszy. Ale jakoś nikt o tym głośno nie mówi."

Przytoczony wyżej cytat pochodzi z artykułu "On the Phenomenon of Bullshit Jobs" ("O Zjawisku Gównianej Pracy") Davida Graebera opublikowanego jakiś czas temu w magazynie "Strike!" Odkąd ukazał się on także w wersji elektronicznej 17 sierpnia bije rekordy popularności. Wystarczyło raptem kilka dni, żeby tekst umieszczony na stronie internetowej niszowego, lewicowego pisemka zanotował ponad 300 tysięcy odsłon. Odniósł się nawet do niego dziś "The Economist".



Jedną z przyczyn jego popularności jest z pewnością to, że Graeber, profesor antropologii na London School of Economics, błyskotliwie opisał w nim zjawisko, z którym pewnie każdy z nas miał kiedyś styczność - zjawisko, jak sam to nazywa, "gównianej pracy". Chodzi tu o pracę, która jest zasadniczo nieproduktywna, która w zasadznie niczego nie wnosi, niczego nie tworzy.

Na przestrzeni XX wieku w Wielkiej Brytanii - jak skrzętnie notuje Graeber - liczba osób pracujących w sektorze "wytwórczym" - gospodarstwach domowych, w przemyśle czy rolnictwie - gwałtownie spadła. Jednocześnie "liczba pracowników zawodowych, menadżerskich, a także liczba rozmaitych sprzedawców czy usługodawców potroiła się, stanowiąc dziś niemal 3/4 całego zatrudnienia." Inaczej mówiąc, zgodnie z tym co przewidywał Keynes, produkcja się zautomatyzowała.

"Ale inaczej niż przewidywał" - pisze Graeber - "zamiast doprowadzić do obniżenia czasu pracy i stworzenia warunków do tego, by ludzie mogli zająć się swoimi przyjemnościami, zainteresowaniami i pomysłami, nie tylko rozdmuchano sektor usług, ale także sektor administracyjny, łącznie z utworzeniem zupełnie nowych sektorów gospodarki takich jak usługi finansowe, telemarketing czy bezprecedensowego rozrastania się takich dziedzin jak prawo korporacyjne, edukacja, administracja zdrowia czy public relations. A to wyliczenie nie obejmuje nawet tych wszystkich sektorów, które wspierają (w materii technicznej, bezpieczeństwa i innych) wyżej wspomniane, nie mówiąc już o tych zawodach (całonocny dostawca pizzy czy wyprowadzacz psów), które istnieją tylko dlatego, że pozostali spędzają cały czas na swoich bezproduktywnych zajęciach."

To właśnie taki rodzaj pracy Graeber nazywa "pracą gównianą".

Odpowiedź na pytanie o to dlaczego "praca gówniana", bezproduktywna istnieje w systemie kapitalistycznym, w którym - jakby się wydawało - nie powinny zachodzić rażące przpadki niefektywności jest zdaniem Graebera nie ekonomiczna, a raczej moralna i polityczna. W duchu filozofii marksistowskiej Graeber uznaje, że "klasa panująca doszła do wniosku, że zadowolone i produktywne społeczeństwo z wolnym czasem do dyspozycji byłoby śmiertelnym zagrożeniem (czego próbkę mieliśmy w latach 60tych)" i - czego możemy się domyślać, bo Graeber nie pisze już o tym wprost - obaliłoby status quo, zagrażając utrwalonym stosunkom gospodarczo-społecznym; stosunkom uprzywilejowującym klasę panującą i jej materialne i kulturowe interesy.

I nawet jeżeli nie zgadzamy się z jego marksistowską diagnozą przyczyn tego stanu rzeczy to jest w tekście Graebera coś, nad czym warto się pochylić. To właśnie moralna i duchowa szkoda, jaką taka sytuacja powoduje.

Opisuje on na przykład historię swojego przyjaciela, którego odnalazł po wielu latach. Zaskoczyło go to, że tenże parał się w swoim życiu najrozmaitszymi zajęciami - był poetą, liderem zespołu rockowego. "Był on" - pisze Graeber - "z pewnością kimś niezwykle zdolnym, kreatywnym, a jego praca wnosiła niewątpliwie coś wartościowego w życie wielu ludzi. A jednak po kilku porażkach, słabej sprzedaży płyt zespołu i po tym jak popadł w długi wybrał jedną z tych ścieżek, która jest udziałem tylu osób, które nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem - poszedł na prawo. Dziś pracuje w dużej kancelarii w Nowym Jorku i jest pierwszą osobą, która przyzna, że jego praca jest pozbawiona sensu, niczego nie wnosi do świata, i - w jego własnej ocenie - nie powinna w ogóle istnieć."

I na tym właśnie polega problem i moralno-duchowa szkoda jaką powoduje gówniana praca. Jest ona postacią przemocy psychicznej o tyle, że praktycznie każda z osób, która ją wykonuje ma poczucie jej bezsensu, co musi powodować złość i frustrację, które - paradoskalnie - wyładowuje się najczęciej na ludziach, którzy wykonują pracę produktwną - nauczycielach, robotnikach czy kolejarzach. Szczególnie wtedy, kiedy ci ostatni organizują się do protestu.

Trudno Graeberowi uciec od analizy klasowej. Zresztą nawet nie stara się od niej uciec. Pewna forma marksizmu jest jego teoretycznym punktem wyjścia. Ale czy można mu właściwie robić z tego zarzut?

Osobiście najbardziej przemawia jednak do mnie ta część jego tekstu, która odwołuje się do motywacji moralnych i duchowych. Kiedy jakiś czas temu pytałem moją znajomą, żydówkę, o powody porzucenia pracy w kancelarii w Nowym Jorku (wkrótce potem przyjęła pozycję wykładowcy na jednym ze znaych brytyjskich uniwersytetów), odpowiedziała mi bez chwili zastanowienia: "nie lubiłam osoby, którą się stawałam."

Praktycznie każdy prawnik korporacyjny jakiego znam uważa, że jego/jej praca jest gówniana. Większość z nich przyzna, że tak jest, tu mogę mówić już o o prawdopodobieństwie graniczącym z pewnością, po paru drinkach w barze, późnym wieczorem, na spotkaniu po pracy. Jest coś takiego w pracy prawnika korporacyjnego, ale też - jak sądzę w pracy marketingowca czy finansisty - co po prostu nie daje możliwości spełnienia. Pracuje się dla kogoś, po coś, właściwie nie wiadomo po co. Przepraszam, wiadomo, dla pieniędzy. Tylko czy taka motywacja wystarczy?

W tym kontekście myślę sobie, że pod warstwą marksistowskiej krytki społecznej i cokolwiek utopijnej, choć nie wypowiedzianej wprost recepty, tkwi w tekście Graebera ważna i uniwersalna prawda. Mamy tylko jedno życie, a w nim tylko trochę czasu. W ramach tych ograniczonych możliwości, które mamy do swojej dyspozycji musimy dokonywać wyborów. Wyborów, które nas moralnie i duchowo albo wzmocnią albo osłabią. Wybór ścieżki kariery jest z pewnością jednym z takich wyborów. Ale jest ich naturalnie więcej. Czy poświęcimy swój czas na gówniane rozmowy? Na gówniane rozrywki? Na gówniane znajomości? Warto sobie zadać takie pytanie: czy ta praca, rozmowa, rozrywka, znajomość wzmocni mnie moralnie, duchowo? Czy raczej osłabi, podetnie skrzydła, strąci do piekła, ktróre jest podobno strasznie gównianym miejscem.
Trwa ładowanie komentarzy...